Kiedy nauczyłam się słuchać okazało się, że ciało już nie mówi, a krzyczy. Drze się wręcz, w panice, uciekając od tłamszenia i uciszania. Posłuchałam więc, tej prośby o odsapnięcie. Ale ciało nie wiedziało. Ciało nie nauczyło się miarkować i teraz chciało wszystko na już. Teraz. W. Tym. Momencie. I ja słuchałam, bo jak nie iść za głosem, który tak długo się ignorowało. Ale moje ciało nie było mądre i nauczone, a kuszone reklamą, szybkim zadowoleniem i wizją spełnienia, trzynastoma godzinami snu dziennie, co by odzyskać balans po latach spania po pięć. I czułam się źle, i myślałam sobie, że to bycie tu i teraz i w sobie to bzdura i znów je karciłam, za te chęci. Bujdy na resorach, przedstawiane naiwniakom, żeby delikatnie i subtelnie wykręcić ich z tego wyścigu po pełnię… czego? Co by nie pracować, nie rozwijać, nie iść do przodu, zostać w domu, być w sobie i dla siebie. Aż w końcu, któregoś razu, kiedy nie robiłam nic, kiedy już wyrzuciłam i pozbyłam się tych myśli, na które przez lata nie było czasu, pojawił się ten upragniony spokój związany z byciem. Oczywiście, uleciał po chwili, przegoniony przez tłum złożony z poczucia winy, wstydu, może jakiegoś bezsensu. Kto by się nie przestraszył, jeśli tłum ma widły i mord w oczach? Ale te kilka sekund spokoju, zostawiło po sobie nadzieję, że tak można, że to jest, że w ogóle istnieje to błogie uczucie, fakt istnienia którego już dawno włożyłam między bajki. I teraz uczę się miarkować, ważyć na szalach serce z rozumem, odróżniać intuicję, od impulsów, od pokus, które ostatecznie nie dbają o mnie, a jedynie o ten znaczący głos w głowie, błagający o ciągłe więcej i więcej. I nie jest mi czasem miło, kiedy wychodzę na trening, spacer, piszę w pocie czoła kolejne kilka zdań odłożonej na bok, pod szyldem dbania o siebie, magisterki i wcale nie daję sobie ciastka w nagrodę, bo cóż, okazuje się, że w sumie nie mam na nie ochoty, a i tak nieja je chcę.

.jpg)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz